Oto rekonstrukcja fragmentu „Lalki” (rozdział „Widziadła”), przygotowana na podstawie Twojego profilu, z zachowaniem ducha i stylu Bolesława Prusa:

Poranek w Zasławku był rześki, lecz dla Wokulskiego pozbawiony barw. Wyjechał wcześnie, rzuciwszy domownikom krótkie wyjaśnienie o wizycie w cukrowni, lecz konie, jakby czując ciężar jego myśli, niosły go zupełnie gdzie indziej. Mechanicznie, niemal bez udziału woli, śledził wzrokiem świeże ślady kół na piaszczystej drodze – te same, które zostawił powóz panny Izabeli.

Gdy wjechał w głąb lasu, uderzyła go nagła zmiana. Ten sam bór, który podczas niedawnego rydzobrania zdawał się być wyniosłą, rozświetloną słońcem katedrą, dziś przypominał opustoszały, szary cmentarz. Sosny milczały, a z ich nieruchomych gałęzi zwieszał się smutek, gęsty i lepki niczym sieci pajęcze. Ciszę przerywało jedynie złowieszcze krakanie wron, a gdzieś z góry, z miedzianej korony drzewa, wiewiórka szczeknęła na niego krótko i gniewnie, niby mały piesek. Wokulski poczuł, jak w jego piersi wzbiera duszny żal, a po policzku spływa cienka struga łez, paląca jak ogień.

Zsiadł z konia i usiadł na zbutwiałym pniu. Zaczął liczyć, chłodno i bezlitośnie, jakby podsumowywał księgi handlowe. Czymże był on sam? Rozdartym między dwiema siłami. Z jednej strony Geist – ten dziwny, genialny starzec z Paryża, oferujący mu twardą, mozolną pracę dla ludzkości. Z drugiej – Izabela. Tam byłaby to służba idei, tutaj – walka o własne, osobiste szczęście. Wiedział przecież, kim jest panna Izabela. Widział jej arystokratyczną wyniosłość, te jej kokieteryjne spojrzenia rzucane salonowym lalkom, tę niemal sztuczną duszę poetyczną, którą być może tylko odgrywała. A jednak natychmiast uciszał w sobie ten głos. Jeśli mnie tylko pokocha – myślał z uporem – ona się zmieni. Za rok, może dwa, wszystko będzie inne...

Nagle ciszę rozdarło rżenie koni i tętent kopyt. Z gęstwiny wypadła pani Wąsowska w ciemnym amazonicie, a jej śmiech, dźwięczny i drapieżny, przeciął powietrze jak smagnięcie biczem.
– Wiedziałam! – zawołała, hamując konia tuż przed nim. – Cukrownia! Czyżby budował pan ją w tym lesie, panie Stanisławie, na fundamencie z marzeń?

Patrzyła na niego z góry, z tym swoim ironicznym błyskiem w oku.
– Jest pan anachronizmem – kontynuowała, nie czekając na odpowiedź. – Ostatnim średniowiecznym trubadurem, wiernym rycerzem, który gotów jest konać pod stopami swojej pani. To nudne i... niemodne.
Wokulski wstał, wyprostowany i lodowato chłodny.
– Jeśli panią nudzę, proszę pozwolić mi wrócić do domu – odparł krótko.

Wąsowska gwałtownie spąsowiała. Przez chwilę wydawało się, że uderzy go szpicrutą, ale tylko mocniej zacisnęła dłoń na wodzach.
– Niech pan posłucha – syknęła z pasją. – Choćbym miała skonać z miłości do pana, nie oddałabym się panu nigdy! Jestem zbyt dumna, by dzielić serce z takim widziadłem, jakie pan sobie wyhodował. My, kobiety XIX wieku, jesteśmy inne. Chcemy być miłe, chcemy prowadzić mężczyzn za nos, chcemy przyjemności i błyskotek, a nie tej pana „miłości dramatycznej”, która dusi i więzi.

Wokulski milczał, patrząc na nią jak na obce zjawisko.
– Niech pan czeka – rzuciła na odchodnym, nieco spokojniej, ale z nutą ostrzeżenia w głosie. – I niech pan nie działa w uniesieniu, gdy ten pański gmach z kart zacznie się chwiać. Rozczarowanie bywa gorsze od śmierci.

Spięła konia i odjechała, zostawiając po sobie kurz i zapach irysów.
– Szatan! – mruknął pod nosem Wokulski.
Nagle poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Świat zawirował, nabiegł czerwienią, a w uszach usłyszał potworny hurgot, jakby waliły się ściany całego wszechświata. Był to atak furii tak fizyczny, że musiał chwycić się drzewa, by nie upaść.

Kiedy po długim czasie wsiadł na koń, las znów był martwy. Wracał do Zasławka w całkowitym, ciężkim milczeniu, a każdy krok konia zdawał się wbijać gwoździe w jego własne serce.

