Oto rekonstrukcja fragmentu „Lalki” (tom II, rozdział „Widziadła”), oparta na Twoim streszczeniu i utrzymana w stylistyce Bolesława Prusa:

---

Wokulski wyjechał z Zasławka rano, tłumacząc się pilną potrzebą obejrzenia gruntów pod nową cukrownię. Kiedy jednak znalazł się za bramą, koń pod nim, jakby wyczuwając bezwolność jeźdźca, sam skierował się na drogę, gdzie jeszcze niedawno widniały ślady kół powozu panny Izabeli. Wjechał w las.

Ten sam las, który przed paroma dniami wydawał mu się wyniosłą, rozśpiewaną świątynią, dziś zgasł i poszarzał. Z sosen, zamiast uroczystych hymnów, zwieszał się smutek, gęsty i lepki jak pajęcze sieci. Gdzieś w górze zakrakała wrona, jakaś wiewiórka fuknęła pogardliwie na intruza i uciekła w głąb gęstwiny. Wokulski zatrzymał konia przy znanym mu pniu i zsiadł z kulbaki. Usiadł dokładnie tam, gdzie ona siedziała podczas zbierania rydzów.

W piersi poczuł dziwny ruch, jakby płynęła tam struga wody, cienka jak łzy, a paląca niczym płynny ogień. „Wszystko jest, jak było – pomyślał – tylko jej nie ma...”.

Zaczął analizować swoje położenie z tą samą skrupulatnością, z jaką niegdyś układał bilanse firmy. Czyż nie stał się niewolnikiem? Porzucił Geista, odepchnął naukę, która mogła zmienić losy ludzkości, a wszystko dla jednej kobiety. „Byłbym zależny u starego Niemca, jestem zależny tutaj – argumentował w myślach. – Tam metal, tu serce. Rachunek wychodzi na to samo”. Próbował być bezlitosny: wiedział, że Izabela jest kokietką, że jej dusza przesiąknięta jest arystokratycznym chłodem. Ale zaraz potem miłość podsuwała mu usprawiedliwienie: „To środowisko ją taką stworzyło. Pod moim wpływem, w ogniu moich uczuć, ta skorupa stopnieje”.

Ciszę przerwał tętent kopyt i radosny okrzyk:
— Hop! hop! Panie Wokulski! Czy to tutaj buduje się te słynne cukrownie?

Podniosł głowę. Przed nim, na gniadym koniu, siedziała pani Wąsowska. Jej oczy błyszczały złośliwie.
— Akurat! — zaśmiała się, widząc jego zmieszanie. — Szuka pan cukru w mchu, czy może sprawdza, czy sosny urosły od przedwczoraj? Pan jest niepoprawny, panie Wokulski. Prawdziwy, średniowieczny trubadur, który błąka się po lasach i wzdycha do śladów stóp swojej damy.

Wokulski milczał, lecz ona nie dawała za wygraną. Zeskoczyła z konia i stanęła przed nim, smagając szpicrutą po spódnicy amazonki.
— Niech pan spojrzy na kalendarz — ciągnęła brutalnie. — Mamy wiek dziewiętnasty, czas pary i elektryczności, a pan chce miłości dramatycznej, takiej z ballad. Współczesne kobiety nie chcą być bóstwami na ołtarzach; my chcemy się bawić, używać życia, a nie dźwigać ciężar czyjegoś uwielbienia. Pan nas nudzi tym swoim tragizmem!

Wokulski spojrzał na nią z ukosa, ale Wąsowska nie zwalniała tempa.
— I niech pan nie myśli, że ja bym pana chciała. O nie! Jestem zbyt dumna, by przyjąć serce, które jest tak dokumentnie opętane przez inną. Pan nie kocha kobiety, pan kocha swoje o niej wyobrażenie.

Zamilkła na chwilę, po czym dodała ciszej, niemal z troską:
— Ostrzegam pana. Kiedy przyjdzie rozczarowanie — a przyjdzie na pewno — niech pan chociaż zachowa spokój. Nie warto umierać za to, co nie istnieje.

Wokulski poczuł, jak krew uderza mu do głowy. „Szatan! Ta kobieta to szatan!” — przemknęło mu przez myśl, a cały las na moment wydał mu się czerwony, jakby oblany posoką. Wstał gwałtownie, nie patrząc na towarzyszkę.

Wsiedli na konie. Powrót do Zasławka odbył się w ciężkim, dusznym milczeniu, którego nie przerywało już nic, poza miarowym stukotem kopyt o twardą drogę.

