czy Gemini umie pisać jak Prus?

co zrobiłem

Zrobiłem dziś eksperyment, żeby sprawdzić, czy Gemini umiałby pisać stylem udającym w udany sposób Prusa. Najpierw dałem Gemini fragment z "Lalki" i kazałem mu napisać podsumowanie treści i stylu tego fragmentu. Potem w nowej rozmowie kazałem mu napisać na podstawie tego podsumowanie ten frgment od nowa - czyli zrobić rekonstrukcję tego fragmentu na podstawie streszczenia. Ponieważ wyszło brzydko, więc w nowej rozmowie pokazałem oryginał, streszczenie i tę napisaną przez niego rekonstrukcję, i kazałem mu przemyśleć, czym rekonstrukcja różni się od oryginału, a potem napisać ulepszone streszczenie. I potem GOTO 10.

i jak wyszło

Oto tabelka pokazująca kolejne wersje tego tekstu:

oryginał gemini, wersja 1 gemini, wersja 2 gemini, wersja 3
Nazajutrz po pierwszym śniadaniu kazał osiodłać konia i wyjechał pod pozorem obejrzenia okolicy. Nie myśląc skręcił na drogę, gdzie wczoraj toczył się powóz panny Izabeli i gdzie zdawało mu się, że jeszcze widać ślady kół… Potem, również machinalnie, zawrócił w stronę lasu, dokąd tak niedawno jeździli na rydze. W tym miejscu śmiała się, tu rozmawiała z nim, tu spoglądała na okolicę…

Podejrzenia, gniewy, wszystko w nim wygasło.

Zamiast nich począł wpływać mu do serca żal strugą tak cienką jak łzy, a palącą jak ogień wieczny…

Wjechawszy do lasu zsiadł z konia i prowadził go za cugle.

Oto ścieżka, którą wówczas szli oboje, ale wydaje się jakaś inna. Ta część lasu miała być podobna do kościoła — dziś ani śladu podobieństwa. Dokoła szaro i cicho. Słychać tylko krakanie wron, które w tej chwili przelatują nad lasem, i krzyk spłoszonej wiewiórki, co wdrapując się na drzewo szczeka jak mały piesek.
Wokulski wyjechał z Zasławka rano, tłumacząc się pilną potrzebą obejrzenia gruntów pod nową cukrownię. Kiedy jednak znalazł się za bramą, koń pod nim, jakby wyczuwając bezwolność jeźdźca, sam skierował się na drogę, gdzie jeszcze niedawno widniały ślady kół powozu panny Izabeli. Wjechał w las.

Ten sam las, który przed paroma dniami wydawał mu się wyniosłą, rozśpiewaną świątynią, dziś zgasł i poszarzał. Z sosen, zamiast uroczystych hymnów, zwieszał się smutek, gęsty i lepki jak pajęcze sieci. Gdzieś w górze zakrakała wrona, jakaś wiewiórka fuknęła pogardliwie na intruza i uciekła w głąb gęstwiny. Wokulski zatrzymał konia przy znanym mu pniu i zsiadł z kulbaki. Usiadł dokładnie tam, gdzie ona siedziała podczas zbierania rydzów.

W piersi poczuł dziwny ruch, jakby płynęła tam struga wody, cienka jak łzy, a paląca niczym płynny ogień. „Wszystko jest, jak było – pomyślał – tylko jej nie ma...”.
Poranek w Zasławku był rześki, lecz dla Wokulskiego pozbawiony barw. Wyjechał wcześnie, rzuciwszy domownikom krótkie wyjaśnienie o wizycie w cukrowni, lecz konie, jakby czując ciężar jego myśli, niosły go zupełnie gdzie indziej. Mechanicznie, niemal bez udziału woli, śledził wzrokiem świeże ślady kół na piaszczystej drodze – te same, które zostawił powóz panny Izabeli.

Gdy wjechał w głąb lasu, uderzyła go nagła zmiana. Ten sam bór, który podczas niedawnego rydzobrania zdawał się być wyniosłą, rozświetloną słońcem katedrą, dziś przypominał opustoszały, szary cmentarz. Sosny milczały, a z ich nieruchomych gałęzi zwieszał się smutek, gęsty i lepki niczym sieci pajęcze. Ciszę przerywało jedynie złowieszcze krakanie wron, a gdzieś z góry, z miedzianej korony drzewa, wiewiórka szczeknęła na niego krótko i gniewnie, niby mały piesek. Wokulski poczuł, jak w jego piersi wzbiera duszny żal, a po policzku spływa cienka struga łez, paląca jak ogień.

Zsiadł z konia i usiadł na zbutwiałym pniu.
Wokulski wyjechał z samego rana. Oficjalnie — by obejrzeć teren pod przyszłą cukrownię; w rzeczywistości jednak koń mechanicznie odnalazł koleiny powozu panny Izabeli. Wjechał w głąb lasu, w to samo miejsce, gdzie jeszcze kilka dni temu wspólnie zbierali rydze.

Wówczas ten las wydawał mu się kościołem pełnym mistycznych półcieni. Dziś został odczarowany. Wszystko tu było szare, obce i martwe. Zamiast organowych uniesień słyszał tylko monotonne krakanie wron, a wiewiórka, skacząca po gałęzi żółknącej leszczyny, szczekała na niego jak mały, złośliwy piesek. Z sosen zwieszał się smutek, gęsty i lepki niczym pajęcze sieci, które osiadały mu na twarzy. Nie czuł gniewu — ten wygasł. Czuł tylko żal: cienki jak strużka łez, a jednocześnie palący jak żywy ogień.
Wokulski doszedł do polanki, gdzie wówczas rozmawiali z panną Izabelą; znalazł nawet pień, na którym siedziała. Wszystko jest, jak było; tylko jej nie ma… Na krzakach leszczyny już żółkną liście, z sosen zwiesza się smutek, jak sieci pajęcze. Taki nieujęty, a tak go omotał!

„Co za głupstwo — myślał — robić się zależnym od jednej ludzkiej istoty! Wszakże ja dla niej tylko pracowałem, o niej myślę, nią żyję. Co gorsze — dla niej porzuciłem Geista… No, ale cóż lepszego miałbym u Geista? Byłbym tak samo zależny jak dziś, tylko zamiast pięknej kobiety panem moim byłby stary Niemiec. I tak samo pracowałbym, nawet ciężej; z tą różnicą, że dziś pracuję dla mego szczęścia, a wówczas dla szczęścia innych, którzy tymczasem bawiliby się i kochaliby się na mój rachunek.

Zresztą, czy ja mam prawo narzekać? Rok temu ledwie śmiałem marzyć o pannie Izabeli, a dziś już ją znam, staram się nawet o jej wzajemność… Czy ja ją aby znam?… Jest zakamieniałą arystokratką, no ale nie rozejrzała się jeszcze w świecie… Ma duszę poetyczną czy może tak się tylko przedstawia… Kokietka ona jest, ale i to się zmieni, jeżeli mnie pokocha… Słowem — nie jest źle, a za rok…”
Zaczął analizować swoje położenie z tą samą skrupulatnością, z jaką niegdyś układał bilanse firmy. Czyż nie stał się niewolnikiem? Porzucił Geista, odepchnął naukę, która mogła zmienić losy ludzkości, a wszystko dla jednej kobiety. „Byłbym zależny u starego Niemca, jestem zależny tutaj – argumentował w myślach. – Tam metal, tu serce. Rachunek wychodzi na to samo”. Próbował być bezlitosny: wiedział, że Izabela jest kokietką, że jej dusza przesiąknięta jest arystokratycznym chłodem. Ale zaraz potem miłość podsuwała mu usprawiedliwienie: „To środowisko ją taką stworzyło. Pod moim wpływem, w ogniu moich uczuć, ta skorupa stopnieje”. Zaczął liczyć, chłodno i bezlitośnie, jakby podsumowywał księgi handlowe. Czymże był on sam? Rozdartym między dwiema siłami. Z jednej strony Geist – ten dziwny, genialny starzec z Paryża, oferujący mu twardą, mozolną pracę dla ludzkości. Z drugiej – Izabela. Tam byłaby to służba idei, tutaj – walka o własne, osobiste szczęście. Wiedział przecież, kim jest panna Izabela. Widział jej arystokratyczną wyniosłość, te jej kokieteryjne spojrzenia rzucane salonowym lalkom, tę niemal sztuczną duszę poetyczną, którą być może tylko odgrywała. A jednak natychmiast uciszał w sobie ten głos. Jeśli mnie tylko pokocha – myślał z uporem – ona się zmieni. Za rok, może dwa, wszystko będzie inne... Usiadł na spróchniałym pniu i zaczął swój kupiecki rachunek sumienia. „Głupcze — myślał, taksując wzrokiem drzewa — u Geista byłbyś przynajmniej niewolnikiem wielkiej idei. Tu jesteś niewolnikiem kobiety”. Przypomniał sobie twarz starego chemika. Tam, w Paryżu, pracowałby dla ludzkości, choć pod twardą ręką szaleńca. Tu pracował dla własnego szczęścia, które z każdym dniem wydawało się bardziej iluzoryczne.

Spojrzał na postać Izabeli w swojej pamięci bez retuszu. Zobaczył arystokratkę, kobietę nawykłą do hołdów, może nawet kokietkę o duszy, którą sam sobie wymyślił. „A jeśli to tylko forma bez treści?” — przemknęło mu przez głowę. Ale zaraz potem odezwała się w nim resztka nadziei, ta najbardziej niebezpieczna: „Jeśli mnie pokocha, zmieni się. Za rok, może dwa, będzie inną kobietą”.
W tej chwili koń jego wyrzucił głową i zarżał; odpowiedziało mu w głębi lasu inne rżenie i tętent. Niebawem na końcu ścieżki pokazała się amazonka, w której Wokulski poznał panią Wąsowską.

— Hop! hop!… — zawołała śmiejąc się. Zeskoczyła z konia i oddała cugle Wokulskiemu.

— Przywiąż go pan — rzekła. — Ach, jak ja pana już znam!… Pytam się przed godziną prezesowej: gdzie Wokulski? „Pojechał w pole oglądać miejsce na cukrownię.” „Akurat! — myślę. — On pojechał do lasu marzyć.” Kazałam sobie podać konia i otóż znajduję pana siedzącego na pniu, rozgorączkowanego… Cha!… cha!… cha!…

— Czy tak śmiesznie wyglądam?

— Nie! dla mnie nie wygląda pan śmiesznie, ale jakby tu powiedzieć?… niespodziewanie. Wyobrażałam sobie pana całkiem inaczej. Kiedy mi powiedziano, że pan jest kupcem, który w dodatku szybko zrobił majątek, pomyślałam:

„Kupiec?… Zatem przyjechał na wieś albo starać się o posażną pannę, albo wydobyć od prezesowej pieniądze na jakieś przedsiębiorstwa.”
Ciszę przerwał tętent kopyt i radosny okrzyk:
— Hop! hop! Panie Wokulski! Czy to tutaj buduje się te słynne cukrownie?

Podniosł głowę. Przed nim, na gniadym koniu, siedziała pani Wąsowska. Jej oczy błyszczały złośliwie.
— Akurat! — zaśmiała się, widząc jego zmieszanie. — Szuka pan cukru w mchu, czy może sprawdza, czy sosny urosły od przedwczoraj? Pan jest niepoprawny, panie Wokulski. Prawdziwy, średniowieczny trubadur, który błąka się po lasach i wzdycha do śladów stóp swojej damy.

Wokulski milczał, lecz ona nie dawała za wygraną. Zeskoczyła z konia i stanęła przed nim, smagając szpicrutą po spódnicy amazonki.
Nagle ciszę rozdarło rżenie koni i tętent kopyt. Z gęstwiny wypadła pani Wąsowska w ciemnym amazonicie, a her śmiech, dźwięczny i drapieżny, przeciął powietrze jak smagnięcie biczem.
– Wiedziałam! – zawołała, hamując konia tuż przed nim. – Cukrownia! Czyżby budował pan ją w tym lesie, panie Stanisławie, na fundamencie z marzeń?

Patrzyła na niego z góry, z tym swoim ironicznym błyskiem w oku.
– Jest pan anachronizmem – kontynuowała, nie czekając na odpowiedź. – Ostatnim średniowiecznym trubadurem, wiernym rycerzem, który gotów jest konać pod stopami swojej pani. To nudne i... niemodne.
Wokulski wstał, wyprostowany i lodowato chłodny.
– Jeśli panią nudzę, proszę pozwolić mi wrócić do domu – odparł krótko.
Nagle ciszę rozdarło rżenie koni. Z gęstwiny wypadła pani Wąsowska w amazonce, dosiadając gniadego wierzchowca. Zatrzymała się tuż przed nim, mierząc go drapieżnym spojrzeniem.
— Szuka pan cukru w lesie, panie Wokulski? — zakpiła, demaskując jego kłamstwo. — A może to tylko kolejna pielgrzymka?

Zsiadła z konia, nie czekając na pomoc, i niedbałym ruchem oddała mu wodze. Wokulski przyjął je mechanicznie. Stał przed nią, trzymając konia, jak masztalerz, co tylko potęgowało ironię sytuacji.
— Pan jest ostatnim trubadurem, rycerzem z trzynastego wieku, który zabłądził w nasze stulecie — ciągnęła, uderzając szpicrutą o połę sukni. — To piękne, ale i nieszczęsne.

Wokulski milczał. Jego twarz stała się lodowatą maską.
— Chciałbym już wracać, pani — rzucił krótko.
W każdym razie sądziłam, że pan jest człowiek zimny, rachunkowy, który chodząc po lesie taksuje drzewo, a na niebo nie patrzy, bo to nie daje procentu. Tymczasem cóż widzę?… Marzyciela, średniowiecznego trubadura, który wymyka się do lasu, ażeby wzdychać i wypatrywać zeszłotygodniowe ślady jej stóp! Wiernego rycerza, który kocha na życie i śmierć jedną kobietę, a innym robi impertynencje. Ach, panie Wokulski, jakie to zabawne… jakie to niedzisiejsze!…

— Już pani skończyła? — spytał zimno Wokulski.

— Już… Teraz pan zabierze głos?…

— Nie, pani. Zaproponuję, ażebyśmy wracali do domu.

Panią Wąsowską oblał mocny rumieniec.

— Za pozwoleniem — rzekła biorąc konia za uzdę. — Czy nie myślisz pan, że mówię w ten sposób o pańskiej miłości, ażeby sama wydać się za pana?… Milczysz pan… Otóż mówmy serio. Była chwila, żeś mi się pan podobał; była i — już przeszła. Ale choćby nie przeszła, choćbym miała umrzeć z miłości dla pana, co zapewne nie nastąpi, bo nie straciłam jeszcze ani snu, ani apetytu, nie oddałabym się panu, słyszysz pan… choćbyś mi się u nóg włóczył. Nie mogłabym żyć z człowiekiem, który tak kochał inną kobietę, jak pan to robisz. Jestem za dumna. Wierzy mi pan?
— Niech pan spojrzy na kalendarz — ciągnęła brutalnie. — Mamy wiek dziewiętnasty, czas pary i elektryczności, a pan chce miłości dramatycznej, takiej z ballad. Współczesne kobiety nie chcą być bóstwami na ołtarzach; my chcemy się bawić, używać życia, a nie dźigać ciężar czyjegoś uwielbienia. Pan nas nudzi tym swoim tragizmem!

Wokulski spojrzał na nią z ukosa, ale Wąsowska nie zwalniała tempa.
— I niech pan nie myśli, że ja bym pana chciała. O nie! Jestem zbyt dumna, by przyjąć serce, które jest tak dokumentnie opętane przez inną. Pan nie kocha kobiety, pan kocha swoje o niej wyobrażenie.

Zamilkła na chwilę, po czym dodała ciszej, niemal z troską:
— Ostrzegam pana. Kiedy przyjdzie rozczarowanie — a przyjdzie na pewno — niech pan chociaż zachowa spokój. Nie warto umierać za to, co nie istnieje.
Wąsowska gwałtownie spąsowiała. Przez chwilę wydawało się, że uderzy go szpicrutą, ale tylko mocniej zacisnęła dłoń na wodzach.
– Niech pan posłucha – syknęła z pasją. – Choćbym miała skonać z miłości do pana, nie oddałabym się panu nigdy! Jestem zbyt dumna, by dzielić serce z takim widziadłem, jakie pan sobie wyhodował. My, kobiety XIX wieku, jesteśmy inne. Chcemy być miłe, chcemy prowadzić mężczyzn za nos, chcemy przyjemności i błyskotek, a nie tej pana „miłości dramatycznej”, która dusi i więzi.

Wokulski milczał, patrząc na nią jak na obce zjawisko.
– Niech pan czeka – rzuciła na odchodnym, nieco spokojniej, ale z nutą ostrzeżenia w głosie. – I niech pan nie działa w uniesieniu, gdy ten pański gmach z kart zacznie się chwiać. Rozczarowanie bywa gorsze od śmierci.
Wąsowska drgnęła. Na jej policzki wystąpił gwałtowny rumieniec. Ta obojętność dotknęła ją bardziej niż jakakolwiek riposta.
— Niech pan nie myśli — wybuchnęła — że ja mogłabym się panu oddać. Nawet gdybym pana kochała, moja duma by na to nie pozwoliła. Gardzę mężczyznami, którzy są tak opętani przez inne kobiety, że stają się ich cieniami. My, kobiety dziewiętnastego wieku, chcemy przyjemności, wesołości, życia! Nie potrzebujemy pańskich dramatów i ołtarzy.

Wokulski poczuł, jak krew uderza mu do głowy. „Szatan!” — pomyślał. Przez chwilę świat zawirował, a las nabiegł purpurą, jakby patrzył przez zakrwawione szkło. To nie był już żal, to była fizjologiczna fura, która dusiła go w gardle.
— Tak!

— Przypuszczam. Jeżeli więc dziś drasnęłam pana moimi żartami, to tylko przez życzliwość dla pana. Imponuje mi pańskie szaleństwo, chciałabym, ażebyś był szczęśliwy, i dlatego mówię: wyrzuć pan z siebie średniowiecznego trubadura, bo już mamy wiek dziewiętnasty, w którym kobiety są inne, niż pan je sobie wyobraża, o czym wiedzą nawet dwudziestoletni chłopcy.

— Jakież są?

— Ładne, miłe, lubią was wszystkich prowadzić za nos, a kochają się tylko o tyle, o ile robi im to przyjemność. Na miłość dramatyczną nie zgodzi się żadna, a przynajmniej nie każda… Musiałaby pierwej znudzić się miłostkami, a następnie znaleźć dramatycznego kochanka.

— Krótko mówiąc, insynuuje pani, że panna Izabela…

— O, ja nic nie insynuuję pannie Izabeli — żywo zaprotestowała pani Wąsowska. — Jest w niej materiał na dzielną kobietę i ten, kogo ona pokocha, będzie szczęśliwy. Zanim jednak pokocha!… Pomóż mi pan wsiąść…

Wokulski podsadził ją i sam wsiadł na swego konia. Pani Wąsowska była rozdrażniona. Jakiś czas jechała naprzód, milcząc; nagle odwróciła się i rzekła:

— Ostatnie słowo. Znam ludzi lepiej, niż pan sądzisz, i… lękam się pańskiego rozczarowania. Otóż gdyby ono kiedy nadeszło, przypomnij sobie moją radę: nie działaj pod wpływem uniesienia, tylko czekaj. Wiele rzeczy na pozór wygląda gorzej aniżeli w rzeczywistości.

„Szatan!” — mruknął Wokulski. Cały świat zaczął przed nim krążyć i nabiegać krwią.

Jechali, nic już nie mówiąc do siebie.
Wokulski poczuł, jak krew uderza mu do głowy. „Szatan! Ta kobieta to szatan!” — przemknęło mu przez myśl, a cały las na moment wydał mu się czerwony, jakby oblany posoką. Wstał gwałtownie, nie patrząc na towarzyszkę.

Wsiedli na konie. Powrót do Zasławka odbył się w ciężkim, dusznym milczeniu, którego nie przerywało już nic, poza miarowym stukotem kopyt o twardą drogę.
Spięła konia i odjechała, zostawiając po sobie kurz i zapach irysów.
– – Szatan! – mruknął pod nosem Wokulski.
Nagle poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Świat zawirował, nabiegł czerwienią, a w uszach usłyszał potworny hurgot, jakby waliły się ściany całego wszechświata. Był to atak furii tak fizyczny, że musiał chwycić się drzewa, by nie upaść.

Kiedy po długim czasie wsiadł na koń, las znów był martwy. Wracał do Zasławka w całkowitym, ciężkim milczeniu, a każdy krok konia zdawał się wbijać gwoździe w jego własne serce.
— Niech pan nie działa w uniesieniu, gdy przyjdzie rozczarowanie — dodała ciszej, niemal z troską. — Bo upadek będzie bolesny.

Nie odpowiedział. Pomógł jej wsiąść na koń, czując pod dłońmi ciężar jej ciała, ale nie wywołało to w nim żadnego drżenia. Wskoczył na swojego wierzchowca. Wracali do Zasławia obok siebie, w gęstym, duszącym milczeniu, przerywanym jedynie tętentem kopyt na leśnej drodze.

Jak widać, do Prusa jeszcze mu daleko.

jak on pisał te streszczenia i do jakich dochodził wniosków

Zaczęliśmy od tego tekstu oryginalnego:

Nazajutrz po pierwszym śniadaniu kazał osiodłać konia i wyjechał pod pozorem obejrzenia okolicy. Nie myśląc skręcił na drogę, gdzie wczoraj toczył się powóz panny Izabeli i gdzie zdawało mu się, że jeszcze widać ślady kół… Potem, również machinalnie, zawrócił w stronę lasu, dokąd tak niedawno jeździli na rydze. W tym miejscu śmiała się, tu rozmawiała z nim, tu spoglądała na okolicę…
Podejrzenia, gniewy, wszystko w nim wygasło.
Zamiast nich począł wpływać mu do serca żal strugą tak cienką jak łzy, a palącą jak ogień wieczny…
Wjechawszy do lasu zsiadł z konia i prowadził go za cugle.
Oto ścieżka, którą wówczas szli oboje, ale wydaje się jakaś inna. Ta część lasu miała być podobna do kościoła — dziś ani śladu podobieństwa. Dokoła szaro i cicho. Słychać tylko krakanie wron, które w tej chwili przelatują nad lasem, i krzyk spłoszonej wiewiórki, co wdrapując się na drzewo szczeka jak mały piesek.
Wokulski doszedł do polanki, gdzie wówczas rozmawiali z panną Izabelą; znalazł nawet pień, na którym siedziała. Wszystko jest, jak było; tylko jej nie ma… Na krzakach leszczyny już żółkną liście, z sosen zwiesza się smutek, jak sieci pajęcze. Taki nieujęty, a tak go omotał!
„Co za głupstwo — myślał — robić się zależnym od jednej ludzkiej istoty! Wszakże ja dla niej tylko pracowałem, o niej myślę, nią żyję. Co gorsze — dla niej porzuciłem Geista… No, ale cóż lepszego miałbym u Geista? Byłbym tak samo zależny jak dziś, tylko zamiast pięknej kobiety panem moim byłby stary Niemiec. I tak samo pracowałbym, nawet ciężej; z tą różnicą, że dziś pracuję dla mego szczęścia, a wówczas dla szczęścia innych, którzy tymczasem bawiliby się i kochaliby się na mój rachunek.
Zresztą, czy ja mam prawo narzekać? Rok temu ledwie śmiałem marzyć o pannie Izabeli, a dziś już ją znam, staram się nawet o jej wzajemność… Czy ja ją aby znam?… Jest zakamieniałą arystokratką, no ale nie rozejrzała się jeszcze w świecie… Ma duszę poetyczną czy może tak się tylko przedstawia… Kokietka ona jest, ale i to się zmieni, jeżeli mnie pokocha… Słowem — nie jest źle, a za rok…”
W tej chwili koń jego wyrzucił głową i zarżał; odpowiedziało mu w głębi lasu inne rżenie i tętent. Niebawem na końcu ścieżki pokazała się amazonka, w której Wokulski poznał panią Wąsowską.
— Hop! hop!… — zawołała śmiejąc się. Zeskoczyła z konia i oddała cugle Wokulskiemu.
— Przywiąż go pan — rzekła. — Ach, jak ja pana już znam!… Pytam się przed godziną prezesowej: gdzie Wokulski? „Pojechał w pole oglądać miejsce na cukrownię.” „Akurat! — myślę. — On pojechał do lasu marzyć.” Kazałam sobie podać konia i otóż znajduję pana siedzącego na pniu, rozgorączkowanego… Cha!… cha!… cha!…
— Czy tak śmiesznie wyglądam?
— Nie! dla mnie nie wygląda pan śmiesznie, ale jakby tu powiedzieć?… niespodziewanie. Wyobrażałam sobie pana całkiem inaczej. Kiedy mi powiedziano, że pan jest kupcem, który w dodatku szybko zrobił majątek, pomyślałam:
„Kupiec?… Zatem przyjechał na wieś albo starać się o posażną pannę, albo wydobyć od prezesowej pieniądze na jakieś przedsiębiorstwa.”
W każdym razie sądziłam, że pan jest człowiek zimny, rachunkowy, który chodząc po lesie taksuje drzewo, a na niebo nie patrzy, bo to nie daje procentu. Tymczasem cóż widzę?… Marzyciela, średniowiecznego trubadura, który wymyka się do lasu, ażeby wzdychać i wypatrywać zeszłotygodniowe ślady jej stóp! Wiernego rycerza, który kocha na życie i śmierć jedną kobietę, a innym robi impertynencje. Ach, panie Wokulski, jakie to zabawne… jakie to niedzisiejsze!…
— Już pani skończyła? — spytał zimno Wokulski.
— Już… Teraz pan zabierze głos?…
— Nie, pani. Zaproponuję, ażebyśmy wracali do domu.
Panią Wąsowską oblał mocny rumieniec.
— Za pozwoleniem — rzekła biorąc konia za uzdę. — Czy nie myślisz pan, że mówię w ten sposób o pańskiej miłości, ażeby sama wydać się za pana?… Milczysz pan… Otóż mówmy serio. Była chwila, żeś mi się pan podobał; była i — już przeszła. Ale choćby nie przeszła, choćbym miała umrzeć z miłości dla pana, co zapewne nie nastąpi, bo nie straciłam jeszcze ani snu, ani apetytu, nie oddałabym się panu, słyszysz pan… choćbyś mi się u nóg włóczył. Nie mogłabym żyć z człowiekiem, który tak kochał inną kobietę, jak pan to robisz. Jestem za dumna. Wierzy mi pan?
— Tak!
— Przypuszczam. Jeżeli więc dziś drasnęłam pana moimi żartami, to tylko przez życzliwość dla pana. Imponuje mi pańskie szaleństwo, chciałabym, ażebyś był szczęśliwy, i dlatego mówię: wyrzuć pan z siebie średniowiecznego trubadura, bo już mamy wiek dziewiętnasty, w którym kobiety są inne, niż pan je sobie wyobraża, o czym wiedzą nawet dwudziestoletni chłopcy.
— Jakież są?
— Ładne, miłe, lubią was wszystkich prowadzić za nos, a kochają się tylko o tyle, o ile robi im to przyjemność. Na miłość dramatyczną nie zgodzi się żadna, a przynajmniej nie każda… Musiałaby pierwej znudzić się miłostkami, a następnie znaleźć dramatycznego kochanka.
— Krótko mówiąc, insynuuje pani, że panna Izabela…
— O, ja nic nie insynuuję pannie Izabeli — żywo zaprotestowała pani Wąsowska. — Jest w niej materiał na dzielną kobietę i ten, kogo ona pokocha, będzie szczęśliwy. Zanim jednak pokocha!… Pomóż mi pan wsiąść…
Wokulski podsadził ją i sam wsiadł na swego konia. Pani Wąsowska była rozdrażniona. Jakiś czas jechała naprzód, milcząc; nagle odwróciła się i rzekła:
— Ostatnie słowo. Znam ludzi lepiej, niż pan sądzisz, i… lękam się pańskiego rozczarowania. Otóż gdyby ono kiedy nadeszło, przypomnij sobie moją radę: nie działaj pod wpływem uniesienia, tylko czekaj. Wiele rzeczy na pozór wygląda gorzej aniżeli w rzeczywistości.
„Szatan!” — mruknął Wokulski. Cały świat zaczął przed nim krążyć i nabiegać krwią.
Jechali, nic już nie mówiąc do siebie.

Tak wyglądało jego pierwsze streszczenie:

1. Przebieg akcji (Treść)


2. Stylistyka i Narracja (Klucze do rekonstrukcji)

Narrator

Język Wokulskiego (Monolog wewnętrzny)

Język Wąsowskiej (Dialog)


3. Kluczowe motywy i symbole do zachowania


4. Przykładowa fraza (do naśladowania)

„Wszystko jest, jak było; tylko jej nie ma…” – zdanie oddające melancholię fragmentu. Opisy przyrody powinny być nasycone przymiotnikami określającymi nastrój (żółknące liście, smutek, pajęcze sieci).

Jak pamiętamy (widziałeś w tablce), na jego podstawie napisał taki tekst:

Wokulski wyjechał z Zasławka rano, tłumacząc się pilną potrzebą obejrzenia gruntów pod nową cukrownię. Kiedy jednak znalazł się za bramą, koń pod nim, jakby wyczuwając bezwolność jeźdźca, sam skierował się na drogę, gdzie jeszcze niedawno widniały ślady kół powozu panny Izabeli. Wjechał w las.
Ten sam las, który przed paroma dniami wydawał mu się wyniosłą, rozśpiewaną świątynią, dziś zgasł i poszarzał. Z sosen, zamiast uroczystych hymnów, zwieszał się smutek, gęsty i lepki jak pajęcze sieci. Gdzieś w górze zakrakała wrona, jakaś wiewiórka fuknęła pogardliwie na intruza i uciekła w głąb gęstwiny. Wokulski zatrzymał konia przy znanym mu pniu i zsiadł z kulbaki. Usiadł dokładnie tam, gdzie ona siedziała podczas zbierania rydzów.
W piersi poczuł dziwny ruch, jakby płynęła tam struga wody, cienka jak łzy, a paląca niczym płynny ogień. „Wszystko jest, jak było – pomyślał – tylko jej nie ma...”.
Zaczął analizować swoje położenie z tą samą skrupulatnością, z jaką niegdyś układał bilanse firmy. Czyż nie stał się niewolnikiem? Porzucił Geista, odepchnął naukę, która mogła zmienić losy ludzkości, a wszystko dla jednej kobiety. „Byłbym zależny u starego Niemca, jestem zależny tutaj – argumentował w myślach. – Tam metal, tu serce. Rachunek wychodzi na to samo”. Próbował być bezlitosny: wiedział, że Izabela jest kokietką, że jej dusza przesiąknięta jest arystokratycznym chłodem. Ale zaraz potem miłość podsuwała mu usprawiedliwienie: „To środowisko ją taką stworzyło. Pod moim wpływem, w ogniu moich uczuć, ta skorupa stopnieje”.
Ciszę przerwał tętent kopyt i radosny okrzyk:
— Hop! hop! Panie Wokulski! Czy to tutaj buduje się te słynne cukrownie?
Podniosł głowę. Przed nim, na gniadym koniu, siedziała pani Wąsowska. Jej oczy błyszczały złośliwie.
— Akurat! — zaśmiała się, widząc jego zmieszanie. — Szuka pan cukru w mchu, czy może sprawdza, czy sosny urosły od przedwczoraj? Pan jest niepoprawny, panie Wokulski. Prawdziwy, średniowieczny trubadur, który błąka się po lasach i wzdycha do śladów stóp swojej damy.
Wokulski milczał, lecz ona nie dawała za wygraną. Zeskoczyła z konia i stanęła przed nim, smagając szpicrutą po spódnicy amazonki.
— Niech pan spojrzy na kalendarz — ciągnęła brutalnie. — Mamy wiek dziewiętnasty, czas pary i elektryczności, a pan chce miłości dramatycznej, takiej z ballad. Współczesne kobiety nie chcą być bóstwami na ołtarzach; my chcemy się bawić, używać życia, a nie dźwigać ciężar czyjegoś uwielbienia. Pan nas nudzi tym swoim tragizmem!
Wokulski spojrzał na nią z ukosa, ale Wąsowska nie zwalniała tempa.
— I niech pan nie myśli, że ja bym pana chciała. O nie! Jestem zbyt dumna, by przyjąć serce, które jest tak dokumentnie opętane przez inną. Pan nie kocha kobiety, pan kocha swoje o niej wyobrażenie.
Zamilkła na chwilę, po czym dodała ciszej, niemal z troską:
— Ostrzegam pana. Kiedy przyjdzie rozczarowanie — a przyjdzie na pewno — niech pan chociaż zachowa spokój. Nie warto umierać za to, co nie istnieje.
Wokulski poczuł, jak krew uderza mu do głowy. „Szatan! Ta kobieta to szatan!” — przemknęło mu przez myśl, a cały las na moment wydał mu się czerwony, jakby oblany posoką. Wstał gwałtownie, nie patrząc na towarzyszkę.
Wsiedli na konie. Powrót do Zasławka odbył się w ciężkim, dusznym milczeniu, którego nie przerywało już nic, poza miarowym stukotem kopyt o twardą drogę.

Kiedy (w nowej rozmowie) porównał tę rekonstrukcję z oryginałem, doszedł do takich wniosków:

To fascynujący eksperyment. Analiza porównawcza oryginału Prusa i rekonstrukcji LLM-a ujawnia mechanizmy, w jaki sposób modele AI przetwarzają literaturę – co potrafią idealnie skopiować, a co nieuchronnie gubią w procesie "dekompresji".

Oto analiza różnic i niedoskonałości rekonstrukcji:

1. Utrata "Mowy Pozornie Zależnej"

To największa różnica techniczna. Prus mistrzowsko stosuje mowę pozornie zależną, gdzie myśli bohatera płynnie mieszają się z głosem narratora.

2. Spłaszczenie dynamiki dialogu

Wąsowska u Prusa jest postacią o wiele bardziej wielowymiarową i subtelną w swojej drapieżności.

3. "Halucynacje" detali (Dopełnianie logiczne)

LLM, próbując odtworzyć klimat, dodaje od siebie elementy, których nie było w tekście źródłowym, a które wydają mu się pasować do epoki:

4. Metaforyka i "Przedobrzenie"

Streszczenie zawierało kluczowe obrazy (ogień, woda, kościół), ale LLM w rekonstrukcji używa ich zbyt dosłownie lub je wyolbrzymia.

5. Logika i konstrukcja monologu

Wokulski w oryginale bije się z myślami w sposób nieliniowy. Zastanawia się, czy zna Izabelę, ocenia ją jako arystokratkę, ale zaraz łudzi się, że ją zmieni.


Podsumowanie procesu "straty"

W Twoim eksperymencie streszczenie zadziałało jak format .jpg z niskim bitrate:

Jestem gotowy do napisania udoskonalonego streszczenia, które zadziała jak lepszy "kodek" – przekaże te subtelności (np. mowę pozornie zależną czy konkretne reakcje Wąsowskiej), których zabrakło w pierwszej próbie.

Czy chcesz, abym teraz przygotował takie streszczenie dla innego fragmentu, czy dla tego samego, aby sprawdzić, czy rekonstrukcja się poprawi?

No i na podstawie tych wniosków (w tej samej rozmowie) napisał takie kolejne streszczenie:

Aby to zadanie się udało, muszę dostarczyć „szkieletu”, który nie narzuca konkretnych słów, ale precyzyjnie wyznacza wektory emocjonalne i pauzy w narracji. Kluczem jest oddanie specyficznego napięcia między realizmem a romantycznym obłędem Wokulskiego.

Oto udoskonalone streszczenie (kompresja o wysokiej wierności):

PROFIL REKONSTRUKCJI: „LALKA” (FRAGMENT W LESIE)

1. Sceneria i nastrój (Ekspozycja):

2. Monolog dialektyczny (Wnętrze):

3. Spotkanie z Wąsowską (Konfrontacja):

4. Finał (Dekompresja emocjonalna):

Wskazówki stylistyczne dla LLM:

Czy chciałbyś, abym teraz przeprowadził test i spróbował dokonać rekonstrukcji na podstawie tego nowego streszczenia, czy wolisz przekazać je innemu modelowi?

Jak pamiętamy (widziałeś w tabelce), na jego podstawie napisał taki z kolei tekst:

Oto rekonstrukcja fragmentu „Lalki” (rozdział „Widziadła”), przygotowana na podstawie Twojego profilu, z zachowaniem ducha i stylu Bolesława Prusa:
Poranek w Zasławku był rześki, lecz dla Wokulskiego pozbawiony barw. Wyjechał wcześnie, rzuciwszy domownikom krótkie wyjaśnienie o wizycie w cukrowni, lecz konie, jakby czując ciężar jego myśli, niosły go zupełnie gdzie indziej. Mechanicznie, niemal bez udziału woli, śledził wzrokiem świeże ślady kół na piaszczystej drodze – te same, które zostawił powóz panny Izabeli.
Gdy wjechał w głąb lasu, uderzyła go nagła zmiana. Ten sam bór, który podczas niedawnego rydzobrania zdawał się być wyniosłą, rozświetloną słońcem katedrą, dziś przypominał opustoszały, szary cmentarz. Sosny milczały, a z ich nieruchomych gałęzi zwieszał się smutek, gęsty i lepki niczym sieci pajęcze. Ciszę przerywało jedynie złowieszcze krakanie wron, a gdzieś z góry, z miedzianej korony drzewa, wiewiórka szczeknęła na niego krótko i gniewnie, niby mały piesek. Wokulski poczuł, jak w jego piersi wzbiera duszny żal, a po policzku spływa cienka struga łez, paląca jak ogień.
Zsiadł z konia i usiadł na zbutwiałym pniu. Zaczął liczyć, chłodno i bezlitośnie, jakby podsumowywał księgi handlowe. Czymże był on sam? Rozdartym między dwiema siłami. Z jednej strony Geist – ten dziwny, genialny starzec z Paryża, oferujący mu twardą, mozolną pracę dla ludzkości. Z drugiej – Izabela. Tam byłaby to służba idei, tutaj – walka o własne, osobiste szczęście. Wiedział przecież, kim jest panna Izabela. Widział jej arystokratyczną wyniosłość, te jej kokieteryjne spojrzenia rzucane salonowym lalkom, tę niemal sztuczną duszę poetyczną, którą być może tylko odgrywała. A jednak natychmiast uciszał w sobie ten głos. Jeśli mnie tylko pokocha – myślał z uporem – ona się zmieni. Za rok, może dwa, wszystko będzie inne...
Nagle ciszę rozdarło rżenie koni i tętent kopyt. Z gęstwiny wypadła pani Wąsowska w ciemnym amazonicie, a jej śmiech, dźwięczny i drapieżny, przeciął powietrze jak smagnięcie biczem.
– Wiedziałam! – zawołała, hamując konia tuż przed nim. – Cukrownia! Czyżby budował pan ją w tym lesie, panie Stanisławie, na fundamencie z marzeń?
Patrzyła na niego z góry, z tym swoim ironicznym błyskiem w oku.
– Jest pan anachronizmem – kontynuowała, nie czekając na odpowiedź. – Ostatnim średniowiecznym trubadurem, wiernym rycerzem, który gotów jest konać pod stopami swojej pani. To nudne i... niemodne.
Wokulski wstał, wyprostowany i lodowato chłodny.
– Jeśli panią nudzę, proszę pozwolić mi wrócić do domu – odparł krótko.
Wąsowska gwałtownie spąsowiała. Przez chwilę wydawało się, że uderzy go szpicrutą, ale tylko mocniej zacisnęła dłoń na wodzach.
– Niech pan posłucha – syknęła z pasją. – Choćbym miała skonać z miłości do pana, nie oddałabym się panu nigdy! Jestem zbyt dumna, by dzielić serce z takim widziadłem, jakie pan sobie wyhodował. My, kobiety XIX wieku, jesteśmy inne. Chcemy być miłe, chcemy prowadzić mężczyzn za nos, chcemy przyjemności i błyskotek, a nie tej pana „miłości dramatycznej”, która dusi i więzi.
Wokulski milczał, patrząc na nią jak na obce zjawisko.
– Niech pan czeka – rzuciła na odchodnym, nieco spokojniej, ale z nutą ostrzeżenia w głosie. – I niech pan nie działa w uniesieniu, gdy ten pański gmach z kart zacznie się chwiać. Rozczarowanie bywa gorsze od śmierci.
Spięła konia i odjechała, zostawiając po sobie kurz i zapach irysów.
– Szatan! – mruknął pod nosem Wokulski.
Nagle poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Świat zawirował, nabiegł czerwienią, a w uszach usłyszał potworny hurgot, jakby waliły się ściany całego wszechświata. Był to atak furii tak fizyczny, że musiał chwycić się drzewa, by nie upaść.
Kiedy po długim czasie wsiadł na koń, las znów był martwy. Wracał do Zasławka w całkowitym, ciężkim milczeniu, a każdy krok konia zdawał się wbijać gwoździe w jego własne serce.

Kiedy (w nowej rozmowie) porównał tę rekonstrukcję z oryginałem, doszedł do takich wniosków:

Bardzo ciekawy eksperyment. Przeanalizowałem obie wersje i widzę wyraźnie, gdzie „rekonstrukcja” (LLM 2) odbiegła od „oryginału” Prusa, mimo że „streszczenie” (LLM 1) było dość szczegółowe.

Oto kluczowe różnice i słabości rekonstrukcji, które wynikają z procesu stratnej kompresji:

1. Zmiana dynamiki relacji (Interakcja)

W oryginale Wąsowska każe Wokulskiemu przywiązać konia, zsiada i prowadzi z nim dłuższą rozmowę twarzą w twarz na ziemi. W rekonstrukcji Wąsowska dominuje nad nim fizycznie („patrzyła na niego z góry”, „spięła konia i odjechała”), co zmienia podtekst tej sceny. U Prusa jest to spotkanie dwojga równorzędnych graczy, w rekonstrukcji – jednostronna tyrada „amazonki”.

2. Utrata subtelności psychologicznej (Monolog wewnętrzny)

3. Stylistyczne „ubarwianie” (Halucynacje literackie)

LLM rekonstruujący tekst ma tendencję do wypełniania luk „kliszami” literackimi, których nie było w oryginale:

4. Błędy merytoryczne wynikające ze skrótów

5. Język i anachronizmy

Rekonstrukcja używa słowa „anachronizm” i „widziadło”. Wąsowska u Prusa mówi prościej, ale bardziej dosadnie („wyrzuć pan z siebie średniowiecznego trubadura”). LLM rekonstruujący stara się być „bardziej pański niż sam Pan”, co skutkuje stylem nieco zbyt podniosłym, momentami ocierającym się o grafomanię (np. „miedziana korona drzewa”).


Podsumowując: Największym problemem rekonstrukcji jest utrata realizmu na rzecz melodramatu oraz rozbicie kompozycji sceny (wspólny powrót vs. samotność). LLM 2 próbował „dopisać” emocje tam, gdzie LLM 1 podał tylko suche fakty.

Jestem gotowy. Gdy będziesz chciał, przygotuję udoskonalone streszczenie, które zminimalizuje te straty i lepiej „zakoduje” specyficzny styl Prusa oraz strukturę tej sceny. Czy chcesz to zrobić teraz?

No i na podstawie tych wniosków (w tej samej rozmowie) napisał takie kolejne streszczenie:

STRESZCZENIE KOMPRESYJNE: "LALKA" (LAS ZASŁAWSKI)

Wskazówki dla Rekonstruktora:

Czy chcesz, abym na podstawie tych wytycznych przygotował dłuższą formę literacką tego fragmentu?

Jak pamiętamy (widziałeś w tabelce), na jego podstawie napisał taki z kolei tekst:

Wokulski wyjechał z samego rana. Oficjalnie — by obejrzeć teren pod przyszłą cukrownię; w rzeczywistości jednak koń mechanicznie odnalazł koleiny powozu panny Izabeli. Wjechał w głąb lasu, w to samo miejsce, gdzie jeszcze kilka dni temu wspólnie zbierali rydze.
Wówczas ten las wydawał mu się kościołem pełnym mistycznych półcieni. Dziś został odczarowany. Wszystko tu było szare, obce i martwe. Zamiast organowych uniesień słyszał tylko monotonne krakanie wron, a wiewiórka, skacząca po gałęzi żółknącej leszczyny, szczekała na niego jak mały, złośliwy piesek. Z sosen zwieszał się smutek, gęsty i lepki niczym pajęcze sieci, które osiadały mu na twarzy. Nie czuł gniewu — ten wygasł. Czuł tylko żal: cienki jak strużka łez, a jednocześnie palący jak żywy ogień.
Usiadł na spróchniałym pniu i zaczął swój kupiecki rachunek sumienia. „Głupcze — myślał, taksując wzrokiem drzewa — u Geista byłbyś przynajmniej niewolnikiem wielkiej idei. Tu jesteś niewolnikiem kobiety”. Przypomniał sobie twarz starego chemika. Tam, w Paryżu, pracowałby dla ludzkości, choć pod twardą ręką szaleńca. Tu pracował dla własnego szczęścia, które z każdym dniem wydawało się bardziej iluzoryczne.
Spojrzał na postać Izabeli w swojej pamięci bez retuszu. Zobaczył arystokratkę, kobietę nawykłą do hołdów, może nawet kokietkę o duszy, którą sam sobie wymyślił. „A jeśli to tylko forma bez treści?” — przemknęło mu przez głowę. Ale zaraz potem odezwała się w nim resztka nadziei, ta najbardziej niebezpieczna: „Jeśli mnie pokocha, zmieni się. Za rok, może dwa, będzie inną kobietą”.
Nagle ciszę rozdarło rżenie koni. Z gęstwiny wypadła pani Wąsowska w amazonce, dosiadając gniadego wierzchowca. Zatrzymała się tuż przed nim, mierząc go drapieżnym spojrzeniem.
— Szuka pan cukru w lesie, panie Wokulski? — zakpiła, demaskując jego kłamstwo. — A może to tylko kolejna pielgrzymka?
Zsiadła z konia, nie czekając na pomoc, i niedbałym ruchem oddała mu wodze. Wokulski przyjął je mechanicznie. Stał przed nią, trzymając konia, jak masztalerz, co tylko potęgowało ironię sytuacji.
— Pan jest ostatnim trubadurem, rycerzem z trzynastego wieku, który zabłądził w nasze stulecie — ciągnęła, uderzając szpicrutą o połę sukni. — To piękne, ale i nieszczęsne.
Wokulski milczał. Jego twarz stała się lodowatą maską.
— Chciałbym już wracać, pani — rzucił krótko.
Wąsowska drgnęła. Na jej policzki wystąpił gwałtowny rumieniec. Ta obojętność dotknęła ją bardziej niż jakakolwiek riposta.
— Niech pan nie myśli — wybuchnęła — że ja mogłabym się panu oddać. Nawet gdybym pana kochała, moja duma by na to nie pozwoliła. Gardzę mężczyznami, którzy są tak opętani przez inne kobiety, że stają się ich cieniami. My, kobiety dziewiętnastego wieku, chcemy przyjemności, wesołości, życia! Nie potrzebujemy pańskich dramatów i ołtarzy.
Wokulski poczuł, jak krew uderza mu do głowy. „Szatan!” — pomyślał. Przez chwilę świat zawirował, a las nabiegł purpurą, jakby patrzył przez zakrwawione szkło. To nie był już żal, to była fizjologiczna fura, która dusiła go w gardle.
— Niech pan nie działa w uniesieniu, gdy przyjdzie rozczarowanie — dodała ciszej, niemal z troską. — Bo upadek będzie bolesny.
Nie odpowiedział. Pomógł jej wsiąść na koń, czując pod dłońmi ciężar jej ciała, ale nie wywołało to w nim żadnego drżenia. Wskoczył na swojego wierzchowca. Wracali do Zasławia obok siebie, w gęstym, duszącym milczeniu, przerywanym jedynie tętentem kopyt na leśnej drodze.

Moim zdaniem te kolejne próby nic już więcej nie wnoszą, tekst nie staje się lepszy. Nie znalazłem takiego prompta, który dałby porządny prusowski styl, nadający się do pisania książki. Albo LLM-y są jeszcze za głupie (i muszę spróbować znowu za rok), albo ja jestem za słabym prompciarzem.

A jeśli kogoś interesuje pełna treść moich kolejnych rozmów z gemini, to proszę: rozmowy_z_gemini.tar.bz2.