2025.03.11 20:20
[stare] "Urodzony za młodu" - powieść w odcinkach
Podczas porządków, które robiłem na komputerze, znalazłem rzecz, którą napisałem dawno temu, kiedy byłem dużo młodszy niż dziś. Około czerwca 2000 zainspirowany powieścią "Sykstyna, czyli romans z życia cerebralnego" postanowiłem pisać w odcinkach powieść z życia wyższych sfer. Napisałem pierwszy odcinek powieści "Urodzony za młodu" - oto on:
Odcinek 1
- Ludwiku, podaj mi spinki do mankietów!
- Które, panie hrabio?
Edmund zamyślił się. To, które spinki miał założyć, zależało od koszuli. A wybór koszuli był zawsze dla niego trudnym wyborem. Edmund N. był estetą i żadnego elementu swojego życia nie chciał pozostawić przypadkowym, a już na pewno nie wyboru koszuli. Koszulę starał się dobierać tak, aby wyglądało, że nie wybrał jej rozmyślnie, ale spośród wielu, które miał w szafie, wybrał przypadkiem i od niechcenia właśnie tę jedną, która najdoskonalej harmonizowała z całością dnia. Zwłaszcza dziś, kiedy spodziewał się wizyty, niewłaściwie dobrana koszula mogła zepsuć mu przyjemność spędzenia kilku uroczych godzin w towarzystwie kuzynki Celestyny.
Edmund wyjrzał za okno. Słońce wstało przed ładną godziną i ostrym żółtym światłem przebijało się przez zielone liście dębów w parku. Dzień zapowiadał się pogodny. Była wczesna wiosna i czysty błękit nieba gryzł się z czystą zielenią liści - jak do takiej kakofonii dodać cokolwiek harmonicznego? Jakikolwiek kolor koszuli by Edmund nie wybrał, zawsze będzie instynktownie wyczuwalny zgrzyt. Taki dylemat Edmund N. przeżywał już nie raz, ale jak dotąd nie znalazł idealnego sposobu na jego rozwiązanie. Za każdym razem znajdywał sposób na obejście problemu, ale nigdy nie był naprawdę usatysfakcjonowany. "Hm, mógłbym założyć po prostu białą koszulę. W ten sposób wyraziłbym poniekąd swoje votum separatum wobec kolorów, które panują dookoła mnie, i odciąwszy się od nich nie musiałbym dbać o to, czy współgram z otoczeniem czy nie - ale z kolei w takim układzie tym większego znaczenia nabrałoby, aby kolor koszuli współgrał z moim wnętrzem. A czy będzie współgrał? Czy będzie współgrał w odczuciu Celestyny - to po pierwsze - a po drugie czy sposób, w jaki ten kolor wpłynie na mój dzisiejszy nastrój, nie wybije mnie z nastroju, który na dziś przygotowało mi moje nieodgadnione wnętrze? Muszę to rozważyć." Edmund patrzył w okno i zastanawiał się. Słońce grzało przez szybę jego twarz złym, odfiltrowanym z podczerwieni ciepłem. Edmund chciał otworzyć okno, ale kiedy dotknął metalowej klamki i poczuł jej chłód, zobaczył leżący na parapecie suchy i pokurczony jesienny liść. W jednym błysku myśli ujrzał całą znikomość i przemijalność spraw tego świata. "Kim jestem" - pomyślał - "Rzucony mimo mej woli w sam środek świata, którego nie mogę pojąć; tak samo w każdej chwili mogę zostać z niego zabrany". Poruszony wybiegł do łazienki, odkręcił kurek z ciepłą wodą i zanurzył dłoń w strumieniu. Prawda, którą tak gwałtownie, w jednej chwili odczuł całym swoim jestestwem, dudniła mu w głowie, ale Edmund wiedział, że płynąca woda jest jedyną rzeczą, która może pozwolić mu na nowo zapomnieć. Powoli poruszał dłonią, bawiąc się z wodą opływającą jego rękę; woda zachowywała się jak małe zwierzątko, odpowiadała na jego ruchy, wydawała się znajdywać przyjemność w takim wesołym spływaniu i Edmundowi powoli powracał spokój. "Spokojnie" - myślał - "Spokojnie, spokojnie". Wrócił do pokoju i znowu otworzył szafę z koszulami. Przerzucał je, patrzył na ich gładkie, nie wyrażające niczego, nie szukające sensu ani uzasadnienia nigdzie poza sobą desenie, ale nie potrafił się już na nich skupić, nie potrafił naprawdę przejąć się tym, jak zagrają. Trzymał w dłoniach miękkie materiały, ciepło-szorstkie bawełny, ślisko-gładkie żorżety delikatnie chłodzące dłoń, grube wełniane koszule, które tak lubił nosić w deszczowe jesienne dni, cienkie jedwabne koszule, cały zestaw w jedenastu kolorach: trzech ciepłych - czerwonym, żółtym i pomarańczowym, trzech zimnych - zielonym, niebieskim i seledynowym, trzech złamanych - zgniłozielonym, szarostalowoniebieskim i burobordowym oraz oczywiście czarnym i białym (zestawu tego nie miał jeszcze nigdy na sobie, mimo że kupił go już trzy lata temu, ale im dłużej go nie nosił, tym bardziej odświętnym wydawał mu się, i tym bardziej żadna z codziennych okazji nie była godna założenia czegoś zeń), przelewał w dłoniach miękkie materiały bezwiednie próbując znaleźć opuszkiem palca twardy guzik, ale oczyma duszy wciąż widział suchy, pokurczony liść.
W takim stanie zastała go Celestyna, kiedy pięć godzin później przyszła niosąc ze sobą niewielkie tekturowe pudełko. Idąc do ciebie - powiedziała wchodząc zdyszana i zarumieniona od spaceru - widziałam dzikie żurawie nawołujące się do odlotu. Szłam przez łąki (chciałam skrócić drogę, a poza tym wolałam spacer łąką niż przez osiedle; naprawdę, nie miałam dziś ochoty spotkać nikogo znajomego, udawać, że mam mu coś do powiedzenia i że cokolwiek zajmuje mnie to, co on mówi mi, i, co gorsza, wiedzieć że on czuje to samo, ale uwięzieni jesteśmy w tym konwenansie spotkania dwu znajomych), szłam przez łąki, kiedy zobaczyłam małe dzieci patrzące w niebo. Spojrzałam w tym samym kierunku i wtedy je zobaczyłam, krążące nad mokradłami. I zdawało mi się, że w ich krzykach słyszę pieśń o tęsknocie za odległymi krajami, dzikimi lądami, ciepłymi sawannami Afryki, przez moment wydawało mi się, że za chwilę i ja rozwinę skrzydła i pobiegnę, by wraz z nimi odlecieć na południe. Jak szczęśliwe są te ptaki, Edmundzie, w tej chwili, kiedy zostawiają wszystko i posłuszne jedynie swojemu instynktowi wyruszają w wędrówkę, której celu nie rozumieją, ale którą nakazuje im wewnętrzny głos, silniejszy od rozsądku, jakże zazdroszczę im tego, że mają odwagę, by pójść za tym głosem w nieznane!
-To jesień - odpowiedział Edmund - to jesień, a dnie coraz krótsze. Ja też chwilami miewam takie niewypowiedziane odczucia, być może to jest to właśnie, co mówisz, jakiś atawizm po naszych ptasich przodkach, głos który każe nam zostawić wszystko i wyjeżdżać do tej Afryki, której nie znamy, a w której spodziewamy się odnaleźć to wszystko, czego brakuje nam tutaj; nawet jeśli nie potrafimy wyartykułować czym jest to, czego brakuje, to widzimy przecież, że to, co mamy, czego doznajemy każdego dnia, nie jest pełnią, a nieistnienie pełni oznacza właśnie brak, nieprawdaż?
Zamilkli. Zza okna słychać było przeklinających parobków, którzy przywieźli drewno z tartaku. Słońce chyliło się niżej i niżej, czerwone i wielkie, jakby nabrzmiałe. Z kuchni dolatywał zapach jajecznicy.
(cdn...)
komentarze:
powrót na stronę główną
RSS